—
Polacy nie garną się do euro. Z najnowszej edycji badania Eurobarometr wynika, że przyjęcie wspólnej waluty popiera czterdzieści trzy procent z nas — o trzy punkty mniej niż rok temu. Przeciwnych jest pięćdziesiąt sześć procent, czyli o cztery punkty więcej.
Podobnie rozkładają się oceny skutków: zdaniem czterdziestu dwóch procent byłyby pozytywne, według pięćdziesięciu sześciu — negatywne. Najczęstsza obawa dotyczy cen: aż siedemdziesiąt cztery procent Polaków boi się po wejściu do strefy euro podwyżek w sklepach. Połowa mówi o utracie kontroli nad polityką gospodarczą, a pięćdziesiąt jeden procent — o utracie tożsamości narodowej. Siedemdziesiąt siedem procent uważa, że dziś Polska na euro po prostu nie jest gotowa.
Na tle regionu nie jesteśmy wyjątkiem. Jeszcze ostrożniejsi są Czesi — przeciw euro jest tam pięćdziesiąt osiem procent badanych, za czterdzieści dwa. Odwrotnie wygląda to w Szwecji, Rumunii i na Węgrzech, gdzie przeważają zwolennicy, choć w Szwecji przewaga jest minimalna, pięćdziesiąt jeden do czterdziestu siedmiu, i mniejsza niż rok temu. Najwyższe i wciąż rosnące poparcie notują Węgry — osiemdziesiąt procent za. Nowy węgierski rząd zapowiada nawet spełnienie kryteriów wejścia do strefy euro do dwa tysiące trzydziestego roku
—
Dolar na polskim rynku jest najdroższy od roku — kosztuje już prawie trzy złote i osiemdziesiąt groszy. Niewiele lepiej wygląda euro, które przy około czterech złotych i dwudziestu ośmiu groszach jest najwyżej od blisko trzech miesięcy. To lokalne odbicie zjawiska globalnego, czyli wyraźnego umocnienia amerykańskiej waluty na świecie.
Powód? Oczekiwanie na podwyżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. Rynek jest mocniej przekonany, że pierwsza podwyżka przyjdzie już we wrześniu, a pod uwagę brany jest nawet ruch w lipc. Nastawienie inwestorów zmieniło się po czerwcowym posiedzeniu amerykańskiej Rezerwy Federalnej i po danych pokazujących, że tamtejsza gospodarka jest odporna, a presja inflacyjna nie zniknęła.
Wyższe stopy za oceanem poprawiają atrakcyjność dolara i amerykańskich obligacji, a jednocześnie osłabiają waluty rynków wschodzących, w tym złotego. Kłopot w tym, że kierunki polityki Fedu i naszego NBP mogą się coraz bardziej rozjeżdżać. Im szersza ta różnica, tym większa presja na złotego.
—
Żegnamy się z programem CPN. Jeśli rząd nie zmieni zdania w ostatniej chwili, od pierwszego lipca VAT na paliwa wróci z ośmiu na dwadzieścia trzy procent. Powodem są systematyczne w ostatnich tygodniach spadki cen ropy i paliw na świecie. Baryłka ropy Brent kosztuje 74 dolary, mniej więcej tyle, co w dniu, w którym Amerykanie rozpoczęli wojnę z Iranem. Można więc wycofać wsparcie, które budżet kosztowało około miliarda sześciuset milionów złotych miesięcznie i powiększało deficyt.
Teoretycznie powrót wyższej stawki powinien podnieść ceny na stacjach o osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt groszy na litrze, ale tak się zapewne nie stanie. W ostatnich dniach wyraźnym spadkom cen w Europie towarzyszyły znacznie mniejsze obniżki w polskim hurcie. Różnica to prawie jedenaście procent — i to pokrywa większość różnicy między stawkami VAT.
Można więc uznać, że podwyżka w większości już się dokonała.
—
Żywność na polskim rynku hurtowym coraz wyraźniej tanieje. Dla konsumentów to dobra wiadomość, bo rosną szanse na niższe ceny także w sklepach. Dla rolników — coraz większy problem, bo produkcja staje się mniej opłacalna. Z danych GUS wynika, że w maju ceny skupu podstawowych produktów rolnych były aż o szesnaście i dwie dziesiąte procent niższe niż rok wcześniej.
Spadek jest szeroki - zboża, produkty mięsne. Mleko w skupie i ziemniaki na targowiskach są najtańsze od lat — litr mleka w hurcie kosztuje już tylko złoty i osiemdziesiąt groszy, a kilogram ziemniaków jeden złoty i siedemnaście groszy. W sklepach jest oczywiście drożej, bo do ceny od rolnika dochodzą marże pośredników i sprzedawców oraz koszty transportu, energii i wynagrodzeń.
Jednej wyraźnej przyczyny tych spadków nie ma. Po części to efekt statystyczny, bo rok temu ceny na tym rynku były relatywnie wysokie. Po części skutek sporej konkurencji i rosnącej podaży przy stabilnym popycie. A w przypadku zbóż wiele zależy nie od tego, co dzieje się w Polsce, lecz od notowań na rynkach europejskich. Dla konsumenta oznacza to nadzieję na tańszy koszyk, dla rolnika — kolejny sezon pod presją.
—
Na koniec sygnał ożywienia. Wartość kredytów, jakie gospodarstwa domowe mają w bankach, wzrosła w maju aż o siedem miliardów złotych wobec kwietnia. To pokazuje bardzo znaczące odbicie na rynku kredytowym.
Łącznie wartość kredytów zwiększyła się o 18,5 mld złotych, najmocniej od listopada ubiegłego roku. Wtedy jednak rosły głównie kredyty dla firm, o ponad dziesięć miliardów; teraz przedsiębiorstwa pożyczyły tylko trzy i cztery dziesiąte miliarda, a motorem są gospodarstwa domowe. Ponieważ udzielone kredyty trafiają na konta klientów jako nowe depozyty, podaż pieniądza w Polsce urosła w maju o prawie 19 mld.
Jeśli trend się utrzyma, kredyt może coraz mocniej wspierać konsumpcję i inwestycje mieszkaniowe, a w dłuższym terminie również ceny mieszkań, choć tu wpływ ma wiele czynników. Ciekawa jest też zmiana nawyków — z danych Związku Banków Polskich wynika, że stałe lub okresowo stałe oprocentowanie wybiera dziś już siedemdziesiąt cztery procent klientów. Zmienna stopa jest wyborem mniejszości.